sobota, 24 kwietnia 2010

Komety, które wyszły z kryjówek i Etiuda Pasikonika.

Tym razem czeka was historia oparta na faktach. Historia bandy młokosów, którzy pewnego dnia postanowili wystawić nosa z poza swoich kryjówek, by pokazać światu co w nich tkwi. A tkwiło sporo, choć były nie za wielkie. Do tego przełomowego posunięcia, los skusił każdego z nich przynętą. Postawił przed nimi szansę na sukces w postaci konkursu na zaprojektowanie kreacji. Kreacje, jak sama nazwa konkursu nakazywała, miały być "Otulone Szalem Pięciolinii", natchnione twórczością Fryderyka Chopina i wywodzące się z epoki romantyzmu, bądź przynajmniej nawiazujące do niej. Przynęta chwyciła w mgnieniu oka. Hordy przedstawicieli młodego pokolenia, zakasało rękawy i wzięło się do roboty. Początkowo w ich zadaniu leżało jedynie zaprojektowanie stroju. Pomysły kilogramami zaczęły kłębić się w głowach. Jeden za drugim zostawały przelewane na kartki szkicowników, na stronnice skoroszytów, na chusteczki higieniczne, na opakowania po bombonierkach. Nadawalo się wszystko co znajdywało się w zasięgu ręki. Gdy z pośród dziesiątek szkiców zostały nareszcie wyselekcjonowane najlepsze, powędrowały drogą pocztową koperty z zacną zawartością prosto do paszczy skrzynki pocztowej Zespołu Państwowych Szkół Plastycznych w Warszawie.


Poniżej "Etiuda Pasikonika" autorstwa Panny Awangardy.





Początkiem kwietnia z pośród setek prac wyłonionych 20, z pośród setek małoletnich entuzjastów mody wyłoniona garstka. Dla tych którzy zostali wydobyci i wyodrębnieni z całej masy, było to nielada osiągnięcie. Przeszli do kolejnego etapu, kolejne wrota otwarły się. Stopień trudności wzrósł, a czas na stanięcie na jego wysokości kurczył się z każdą minutą. Rozpoczęła się wielka gonitwa z bezwzględynym wrogiem zwanym złowrogo Czasem. Niektórym nie starczyło kondycji, innym zabrakło samozaparcia, a jeszcze innym pomocy ze strony drugiego człowieka. Ci jednak, którzy bez względu na przeszkody, nie poddali się, sprostali zadaniu. Pokonali wroga.



21 kwietnia gmach Zespołu Państwowych Szkół Plastycznych w Warszawie wyczekiwał śmiałków przy ulicy Smoczej. Uroczysta gala finałowa planowana była na godz. 13, jednakowoż młodocianych kreatorów mody spodziewano się już na 9 rano. Panna Awangarda spóźniła się gustownie niespełna godzinę, jak to na nią przystało. A gmach ZPSP Warszawa obawiał się już, iż się nie zjawi. Bynajmniej, pojawiła się, na dodatek z całym swoim batalionem, na który składali się modelka Sasza, fotografka Package (bądź Nelka, jak kto woli), prawny opiekun Ojczulek, oraz wykonawczyni stroju - Sorka. Ojczulek został w ulubowanym przez się granatowym Volviaku, by odespać minioną noc w obitym skrórą fotelu. Pozostała część kompani ruszyła przed siebie w stronę licealnej sali gimnastycznej, gdzie przygotowania do pokazu mody, odbywały się już pełną parą.








Jeden kąt sali należał do lekko osowjałej Fryzjerki, drugi do lekko oddanej zawodowi wizażystki, trzeci do lekko uginającego się pod poczestunkiem Stołu, a czwarty do lekko batikowych Parawanów. Pannie Awangardzie wszystko dookoła wydało się bardzo pociągające. Sala wręcz mieniła się ciekawymi twarzami, należącymi do ciekawie przyodzianych ciał. Sceneria iście inspirująca. Ciekawość zżerała ją bezlitośnie z każdym rzutem oka na umieszone na wieszaku opakowane materiałowe dzieła sztuki. Swoje własne trzymała w tekturowym pudełeczku. Wyglądało bardzo niepozornie. Był to kamuflaż. Choć raczej z przypadku.




Po godzinnej bezczynności, kuble kawy, kilkunastoma zamienionymi zdaniami, jednej terenoznawczej wycieczce do toalety i z powrotem, parokrotnym zlustrowaniu otoczenia Panna Awangarda zastała oddech czasu na swoich plecach. Przekonał ją, że przyszedł czas najwyższy by ustawić Saszę w kolejce do Fryzjerki, tudzież Wizażystki. Gdy Sasza znalazła się pod władaniem nieposkromionej prostownicy i nieokrzesanej kredki do oka, jak na złość postanowiono skrzyknąć wszystkich przed wybiegiem i wykonać próbę nr 1.




Siłą rzeczy Panna Awangarda zastąpiła poddawaną zabiegom upiększania Saszę. Przed wtargnieciem na wybieg natknęła sie na jedengo ze współczesnych potomków Napoleona Bonaparte. Okazało się, że ten doskonale zdawał sobie sprawę, z tego, jak bujne wirtualne życie P.Awangarda prowadzi. Słowem została zdemaskowana! Jej zdumienie odebrało jej na chwilkę mowę, ale w przeciągu paru sekund struny głosowe i język odzyskały przytomność. Kapelusz o dalekosiężnym rądzie na nic się zdał.



Na dole udokumentowana nowa znajomość, która zawarła się z Panną Awangardą. Po lewo Grześ - projektant, po środku Rafał - model Napoleon. Pozdrawiam, miło mi, że mnie zdemaskowaliście. ;)





Po owej miłej niespodziance, z nieznaczną niechęcią i krepacją podefilowała chwilę po wybiegu jak jej przykazano, i wróciła do swoich. Sasza zaczęła wyglądać coraz to bardziej olśniewająco, fryzura została dopełniona makijażem, a makijaż fryzurą. Strój usiłował się wydostać z pudełka, miał już dość egzystowania w ukryciu. Nastał jego czas.

O to i on:



Sasza po nałożeniu go przeistoczyła się w niesfornego Pasikonika rodem z Krainy Czarów.






Wraz z wybiciem godziny 12 przybyła próba generalna. Timberlake rozbrzmiał w głosnikach. Nogi pierwszej modelki powiodły ją na scenę.







Po próbie generalnej wszyscy skryli się za kulisami by na secenie mógł rozgoscić się przybysz z Azji - utalentowana pianistka, która bezwątpienia urozmaiciła całą uroczystosć. Widownia obfitowała w licealistów, nauczycieli, oraz innych mniej lub bardziej szacownych gości, a dotknięci stresem uczestnicy konkursu cierpliwie warowali za ścianą. Panna Awangarda odnajdywała ukojenie dla nerwów w ledwo słyszalnych dźwiękach klawiszy fortepianu. Nie trwało to jednak zbyt długo, bo gdy tylko energiczny Timberlake zastąpił, ulatujące daleko hen melodie Chopina, nie jeden układ krążenia oszalał. Zabobonne zaciskanie kciuków wydało się Pannie Awangardzie najsłuszniejszą czynnością na najbliższe dwie minuty. Skupiła się, więc głównie na uprawianiu przesądu.









Gdy Sasza stąpała po wybiegu, kciuki P.Awangardy siniały z braku dokrwienia, a oddech stawał się coraz to mniej uładzony. Gdy wróciła z publicznego spaceru, awykonalnym było trzymanie emocji w ryzach, więc z pełną dezynwolturą P.Awangarda zawisła jej na szyji. Zaraz jednak musiała ją uwolnić, ponownie wzywali na scenę, nie było przeproś. Cóż zrobić, taka kolej pokazu. Panna Awangarda znowu została za kulisami jak ten palec, otoczona ciekawymi twarzami należącymi do ciekawie przyodzianych ciał. Niektóre twarze wygladały w mniemaniu jej oczu całkiem znajomo, a w paru przypadkach zdawało się jej, że zetknęła się z autentycznymi sobowtórami. Na ten przykład z sobowtórem Alice Point! P.Awangarda dosłownie włosy by sobie dała obciąć, że jeśli nie sobowtór to już napewno krewna. Na doszukiwaniu sie znajomych wśród jeszcze nieznajomych zleciały jej ostatnie chwile, przed pogromrem. Nastąpiło on całkiem prędko. Przynajmniej dla osoby czymś pochłonietej. Projektanci pognali w szykownym korowodzie na drugą stronę, zajmując pozycje obok swoich ludzkich manekinów. Gdy P. Awangarda u boku Saszy górowała już nad publikom, w tłumie modelek, modeli i projektantów rozpierało ją gorąco i niepohamowana chęć zejścia ze sceny, bądź przynajmniej wstąpienia w ciało osoby z widowni. Gdy znalazła wzrokiem Sorkę, Ojczulka i Package zdecydowała pozostać w swoim ciele, na swoim miejscu. Gorąc był jednak dojmujący, trzeba mu to było przyznać. A osiagnął apogeum gdy doszło nareszcie do sedna całego zamieszania. Przyznawanie miejsc, nagród i gratulacji.

- Trzecie miejsce ex- aequo dla:



Z nagrodą trzecią przyszło się Pannie Awangardzie obejść. Obeszła się, bezboleśnie.


- Drugie miejsce, ex aequo nr 10, i nr:

10? Czyżby? A więc z tą nagrodą przyszło się Pannie Awangardzie pogodzić. Uczyniła to z niewymowną przyjemnością. "Pierwsze miejsce do zdobycia w przyszłości" - pomyślała. Zawsze wolała mieć coś przed sobą, niżeli za.



- Pierwsze miejsce dla:



Pogratulować jakże zacnego sukcesu w tak młodym wieku. :)


- Oprócz tego, nagroda publiczności... - z którą Panna Awangarda powinna się pożegnać bo z Warszawy nie pochodzi - ...dla nr 10.
Sasza spojrzała na numerek który dzierżyła w dłoni z niedowierzaniem. Pannie Awangardzie zgieło to stawy w kolanach. Zmuszona je była jednak migiew wyprostować, by ponownie czmyhnąć na scenę. Kolejne wystapienie z szyku, kolejne wystąpienie publiczne, za sprawą jej czelności jednak na tym nie poprzestało. Postanowiła dobyć mikrofonu raz jeszcze by złożyć dzięki całej społeczności warszawskiego plastyka, które zapragnęła powtórzyć i na łamach swojego bloga.





Znaleźliby się tacy co stwierdzili na co mi to było. Na upartego doszukało by sie i takich, którzy obmywali czerwone z podniecenia policzki własnymi łzami topiąc w nich nieopisywalny zawód. Ale dokopałoby się i do tych którzy cieszyli się sukcesem innych gratulując im bez pierwiastka zawiści. A co najlepsze nie trudno było odnaleźć tych, którzy nie żałowali złamanej sekundy, którą roztrwonili na często mordercze prace, po to tylko by wyjść z kryjówki, mieć swoją chwilę zajaśnienia w cudzych oczach i błyskawicznego zagaśnięcia. Po to tylko by stać się kometą.


Cudnie jest być kometą. Oj cudnie.







Kącik dziękczynny P.Awangardy:

Są osoby, bez których do niczego by nie doszło, a nawet jeśli by doszło to nie tak znakomicie. Dziekuję Sorko Alicjo Kuśmierczyk za ogromny wkład w realizacje mojego projektu, za wyrozumiałość, cierpliwość i poświęcenie. :*

Spasiba Saszka za twoją odwagę i dołożenie wszelkich starań, aby na moment zaczarować czas. Powtórzę się - spisałaś się! :*

Dziękuję Package za wierne udokumentowanie najmniejszego szczególiku. Ten post jest w połowie twój, jak zwykle zresztą. :*

Dziękuję Ojczulku za pieniądze i czas, których Ci wiecznie brakuje, a które mimo to udaje Ci sie dla mnie zagospodarować. :*

Dziękuję Tkaczuchy za rady i niemal namacalne wspracie, oraz osobno Kasi za pomysł babusowy, trafiony w dziesiątkę, oraz Wiki za próbki materiałów. :*

Dziękuję Sorze Figlu za zmajstrowanie nieprzeciętnej pałki z bambusa i ping-ponga.

Dziękuję jury i społeczności Liceum Plastycznego w Warszawie za uznanie i docenienie.

Oraz dziękuję rodzinie, przyjaciołom i czytelnikom bloga za to, że miałam się z kim podzielić wesołą nowiną. :)

niedziela, 28 marca 2010

Dolina Erudycji i Jej Pan i Pani.

Dźwigamy dwa bagaże. Bagaż przyszłosci i bagaż przeszłości, które działają jakby klepsydrycznie. Z początku jeden jest pusty, a drugi tak przepełniony, że udźwignięcie go sprawiłoby nie lada trudność nie byle jakiemu kulturyście. Z czasem jednak z bagażu przepełnionego, kilogramu po kilogramie zaczyna ubywać, na rzecz bagażu pustego, który zaczyna masy nabierać. Przywodzi to na myśl piasek ulatniający się z jeden szklanej komory klepsydry do drugiej. Z tą różnicą, że w przypadku bagaży otwarty jest jedynie jenden z nich. Drugi, aż do ostatecznego opróżnienia pozostaje niezbadany. Jego pełne poznanie gwarantuje pozbycie sie obydwu, i napełnienie obolałych ramion i nadwyrężonego kręgosłupa niewymowną ulgą.


Podreptywała teraźniejszo i chyżo. Taka jedna bezpretensjonalna obieżyświatka.

Uczepiił się jej cień przyszłości którego chciała sie pozbyć. Przyszłości nie można odciąć od tak sobie. Co za purnonsens strzelił jej do głowy?! Wszak z przeszłością jest jak cieniem. Przeszłość, która nie dawała się odciąć, raz była zamierzchła, a raz tak nieopodalna, że można ją było bez większego trudu pomylić z teraźniejszością. Gdzie by jednak nie popatrzył była cienista, a rzetelnie tłumiona przez prawowitą teraźniejszość, dawała się we znaki umiarkowanie często. Jakby tego było mało na ramieniu nosicielki swego losu, zawisła zwinięta w kłębuszek, bądź guzełek może nawet prędzej, przyszlość. W odróżnieniu od skażającej przeszłości, przyszłości nie chciała się pozbyć za nic w świecie, poprzez chociażby pozostawienie na bruku. Była zbyt fascynująca, i zbyt obiecująca. Niekiedy odległa jak Mongolia, niekiedy bliska jak Słowacja, nie mniej jednak zawsze równie fascynująca.





Tobołek dyndał beztrosko, uwieszony na kiju. Kij uginał się pod ciężarem dyndaka tak pokaźnie, że na jego powierzchni zaczeła wytyczać się trasa przyszłego peknięcia. Kij jeden tylko wiedział, że kroi się podwójne peknięcie. Był on bowiem medium, miedzy przyszłoscią, a jej właścicielem. Nie pisnął jednak ani słówka. Czekał cierpliwie. Los niejakiego poprzecznie prążkowanego dziwadła, które zwykło płatać ludzkim istotą figle i pękać bez ich pozowlenia, nie leżał w jego interesie. "Serce idzie utrzymać w jedym kawałku, w nienaruszonym stanie póki jest drewniane", pomyślał, po czym myśl o organach wewnętrznych odgonił, podobnie jak odganiał nekajace go wizje przyszłości i natrętne muszki co rusz go obsiadające. Skupił się na falującej za nim drodze, chowając język za drzazgami.

Wyczuwale było dla Naturalistki rozkojarzenie towarzyszące kijowi gdyż co chwila obsuwał się z jej poirytowanych swoją dolą ramion. Uparcie upominała go i wyrywała z niemych dywagacji. Znacznie jej to bowiem wędrówkę utrudniało. A dystans, który się przed nią rozpościerał nie szczędził jej kilometrów. Starała się go pokonywać, ze sprawnościa młodego boga. W końcu przystanęła jednak, gdyż sprawowanie Kija Jasnowidza było nie no zniesienia.


-Co z tobą u licha? Cel nasz odległy, więc nie rozrzedzaj mi ruchów z łaski swojej. Wietrzę kolejną wizję przyszłości. Podzielisz się skoro już przycupnęlismy? Jakiej treści wiadomość otrzymałeś od zawartości zawiniątka, które Ci ciąży?
- Pppp... Pęknie Ci... Pęknie Ci Kij Twój Jasnowidz znaczy się, lada moment.
- Nie pekaj brahu, nie pękaj, bo serce mi pęknie, a wtedy obydwoje będziemu straceni. - a to przenikliwa bestia, przejrzała mnie na wylot! Pomyślał zdumiony Kij Jasnwidz.

- Zostało nam niewiele czasu. Wedle przepowiedni Twoja zagłada zbliża się milowymi krokami. Prócz pęknięcia mojego szkieletu świeci sie również pekniecie Twojego serca. Twoja zagłada depcze nam po piętach. Los nasz nieuchronny pani najłaskawsza, przyjaciółko najserdeczniejsza. Pozbyć się go możemy w sposób jeden jedyny w swoim rodzaju.

- Absolutnie. Nie będziemy uciekali się do ostateczności! Dobrze zdajesz sobie sprawę z tego jak tragiczne w skutkach by to było. Nastąpi to dopiero po dotarciu do Świątyni Omnibusa, on nam pomoże. Tylko jego rozsądek może się mierzyć z otchłanią przyszłości. Nie pękaj wiec brahu, nie pękaj.

- Zaiste. Nieznaczne opróżnianie zawiniątka, mogłoby skończyć się wysypaniem wydarzeń niezbędnych, które w rezultacie doprowadziłyby do zahwiania misternie utrzymanej równowagi we wszechświacie. To odpada. Ryzyko zbyt wielkie. Wstrzymamy sie więc dla dobra nieuchronności.

- Nie pękaj brahu, nie pękaj. - Takim o to pokrzepiającym akcentem zakończyła Naturalistka posiedzenie i zapoczatkowała dalszą podróż opierając się na wzorowo piechórskich stopach.





Świątynia Omnibusa znajdowała się w sercu odludzia. Aby możliwość przetrwania tam, równała się więcej niż zeru, wystarczyło odznaczać się niepojmowalnym dla społeczniaków samotnictwem, oraz niepojmowalnym dla humanistów mizantropizmem. Obie te cechy były nieodzownymi domenami Naturalistki. Tak, więc dopóki trudny do zdzierżenia kij trzymał swe emocje na wodzy, cień przeszłości nie podstawiał jej nóg, a zawiniątko przyszłości nie przybierało na wadze, dopóty kroczyła pewnie, nie dając się zatrzymać nawet ostro zakończonemu kamieniowi balangującemu w bucie. Gdy dbrnęła do rozwidlenia dróg pozwoliła sobie na wątpliwości. Jeden ze szlaków był kręty, i prowadził w dół doliny. Przywoływał na myśl serpetntnę wyłożoną muszelkami, wszelkich gabarytów. Drugi natomiast jakby na siłe chciał się sprzeciwić swojemu sąsiadowi, był antagonicznie prościuteńki jak autostrada, i prowadził pod górę. Awykonalnym było doszukanie sie jego kresów gołym okiem. Naturalistka w geście załamywania rak, znowu chciała zabierać się za rozwiązywanie zwiniątka, ale tak samo jak razem poprzednim, Kij Jasnowidz bronił sekretów przyszłej gehenny dziewczyny zaciekle.

- Nie możesz wiecznie polegać na tym bezbronnym zawiniątku. Napewno jest słuszniejszy sposb na upwnienie się która droge obrałaś w przyszłości. - zaprotestował kompan.

- Jakież to utrudnienie, ten brak znajomości tego co nas czeka. Wydaję mi się, że wyczekuje mnie ścieżka wybrukowana piaskowcem. Wyglada tak, jakby wyciągała do mnie swoje otwarte ramiona. Jest taka prostolinijna, a to co prostolinijne z regułu właściwe. Brakuje mi jednak pewności. Może to pozór.

- Zerknij na pobocze drożyny z piaskowych płytek i drożyny z muszelek. Przed każda z nich obija się na nieskoszonej trawie bliżej nieokreslony typek. Podejdźmy i spytajmy się czy mają pojęcie o tym, przy czym legli.

Zbliżyli, więc nosa, ale Naturalistka zaraz odsunęła go z powrotem zostając odrzucona stęchłym fetorem. Z poczatku nie wierzyła własnym nozdrzą, ale gdy ośmieliła się zbliżyć raz jeszcze, nie miała watpliwości. Mała, zleżała istotka cuchnęła jak legiony rozkładających się sunksów - sunksów zombi. Odór był wręcz widzialny, wręcz namacalny, ale z pewnością nieopisywalny.

- Co ty najlepszego wyprawiasz?! - zbulwersował się Kij Jasnowidz, którego drewniany zmysł powonienia od poczęcia odmawiał mu posłuszeństwa.

- Ten ususzony cudak, capi jak stopy ogra po tygodniowej tułaczce. - wyjaśniła zdrętwiała ofiara smrodu, a Kij Jasnowidz zachichotał na tę wieść, co jeszcze bardziej wyprowadziło ją z równowagi.

- Kimże jesteście wonni przyjaciele? Musicie być niezwykle pracowici skoro tak smakowicie pachniecie. - zagaił jeden z roślinnych degeneratów, a z paszczy to mu śmierdziało, tak, że badziej wrażliwy to by trupem padł.






- Na imie mi Naturalistka. A to mój druh Kij Jasnwidz. Jak się ma zapach do pracowitości, bo chyba nie chwytam, ale pan to wytwornością zapachu nie grzeszy.

- Ma się i to grubo. Otóż moje ty pachnidełko na dwóch kończynach, smród to kara za lenistwo mówiąc najprościej. Jestem przysłowiowym Leniem Śmierdzącym. Leżę na trawie i nic nie robię cały dzień. - przyznał się bez ogródek.

- Nie chcesz się tego pozbyć?

- Lenistwa czy smrodu?

- Jedno idzie z drugim w parze, z tego wynika.

- Zaiste, zaiste. Pozbyć się tego chcę nie za specjalnie. Dobrze mi z tym. Taka moja natura. Ja próżnuje, a inni harują. Jestem jedym z elementów utrzymującym równowagę w przyrodzie. Gdyby nie ja, wszytsko to poszłoby z dymem. Choć o pracy czasami lubię sobie pomarzyć.

- Hmmm. Skoro tak, to można uznać, że się w pewnym sensie poświęcasz dla dobra sprawy. Tak, więc nie bede Cie namawiała do zmiany stylu życia. Mam wszelakoż niebagatelną prośbę.

- Jeżeli tylko będzie mi się chciało, to ją spełnię. Wydajesz się być rezolutna, a takie to zawsze urzekają.
- Dokąd prowadzi droga przy której leniuchujesz? - spytała pełna nadzieji.

- Ojojoj. Będę musiał wytężyć moją ususzoną pamieć. Wydaję mi sie, że po paru krokach wzdłuż owej drogi trafia się do Doliny Erudycji, którą włada jakiś Alfa i Omego. Czy jak to mu tam.
- Chcesz powiedziec Onibus?

- Tak, tak. W istocie. Onibus. Podstępny monarha z niego. Podobno już nie jedną niewiastkę omamił swą bezdenną wiedzą i przenikliwością. Słyszałem różnorakie legendy na jego temat. Jeżeli to do niego się udajesz, miej się na baczności. Poznanie nieznanego to ogromna pokusa. Nie daj się zwieść wszechwiedzy, nie powinna ona przysłaniać całego świata. Miej się na baczności dziewczyno. Wiedząc wszystko można równie dobrze we wszystko zwątpić.

- Wysiliłeś się tym razem. Nie ma co! Dziękuję za rady, ale nic mnie już nie powtrzyma. Obiecuję trzymać rękę na pulsie. Wielce mi pomogłeś! Jestem twą oddaną dłużniczką. A teraz muszę już pędzić przed siebie.

- Potyraj za mnie co nieco to będziemy kwita. Do widzenia pachnidełko na dwóch kończynach!

- Żegnaj Leniu Śmierdzący!


Nasza piechórka nie zdążyła postawić dziesiatego kroku z kolei, a już uczuła że ktoś, coś, gdzieś w nią tchnął. Wszystko co tego tyczyło było zupełnie bliżej nie określone. Jedno było pewne, zmieniły się reakcje jej zmysłów. Wszystko było wyraźniejsze. Tak jak to oczom astygmatyka, po włożeniu dopasowanych doń szkieł, ukazuje sie wyraźniejszy świat, tak i jej się teraz taki ukazał. Przekroczyła barierę oświecenia. Oznaczało to, że dotarła na miejsce, a panoszący się do tej pory okurantzm został zażegnany.





Każda najdrobniejsza komórka jej ciała, każdy atom, który się na nią składał, mógł poszczycić się intelektem dorównujacym freudowskiemu. Światłość umysłu Omnibusa była zakaźna. Zarazić sie nią można było w promieniu 10 km., zarówno droga kropekową, pokarmową, jak i inhalacyjną. Unikniecie zakażenia było przpuszczalnie niemożliwe. Naturalistka nie znała dokładnej przyzyny jej olśnienia, mimo że znajdowała się wprost, na wprost jej bystrych ślepi. Zniebieściały z mądrości, zadrapany pazurem czasu, wystawnie zapuszczony i zapomniany wehikuł. Sprawca metamorfozy mentalnej Naturalistki.






Fale w czasie sztormu, nie dorastały do piet, potędze fal inteligencji jakie wysyłała niepozorna, błękitna maszyna. Były tak intensywne i mocno skupione, że przedarcie się przez nie, było cięższe, niż zdobycie Mont Everestu. Kij Jasnowidz pragnął się wycofać jak nigdy dotąd, Naturalista jednak była nieugięta. Wyczuwał podstęp, ale ta parła dalej. Coraz to więcej intelektu pulsowało jej w żyłach, a to sprawiało jej nieprzeciętną rozkosz. Na nic nie baczyła. Była zachłanna. Łaknęła tej osobliwej substancji, która teraz zajęła cały jej układ krwionośny, bardziej niż szczęścia, bardziej niż miłości, bardziej niż czego kolwiek. Gdy dotknęła sztywnej, szorstkiej skóry okrywającej Onibusa znalazła się na rubieży rozkoszy. Rozpierał ją oślepiający blask. Tak oślepiający, że oślepił nawet jej cień.






- Witaj jaśniepani, jam Omnibus. Sługa uniżony twej urody i elokwencji. Oddaj mi swą duszę, serce i wolną wolę, a ja pozwolę Ci spojrzeć do zawiniątka kryjącego największe tajemnice nieuchronnej przyszłości, bez poniesienia konsekwencji. Mało tego, pozwolę zgłębić ci tajniki najbardziej mistycznej wiedzy, oraz uczynię Cię swą królową i obdaruje życiem wiecznym. Jesteś Pani zainteresowana ofertą? - przemówił opanowanym, klarownym, absolutnie męskim i męrdczym głosem władca Doliny Erudycji.


Naturalistce wciąż jeszcze kołowało się w głowie od natłoku wrażeń. Była paradoksalnie otumaniona inteligencją. Jej intuicja podpowiadała jej jednak, że powinna się trzymać od tego oferującego się nonszalanta z daleka. Jej rozum był wycieńczony, a ciało domagało się odpoczynku. Mimo to nadal była głodna wiedzy i nadal korciło ją by przejrzeć przyszłość na wskroś. Pokusa goniła pokusę. Na ratunek jej rozsądkowi przybył na całe szczęście Kij Jasnowidz, którego niestety nie poznała bo stała się ślepa na wszystko co nie wiązało się z Doliną Erudycji.


- Nie słuchaj tego obłudnika. Chce Cię zbałamucić, o ile już tego nie dopiął! - przemawiał do rozsądku przyjaciółki.

- Haha! Cóż to za suchelec nam tu tyle zgiełku i zamętu przyspaża. Moi podwładni zaraz się nim zajmą, tymczasem ty podaj mi swą jedwabistą dłoń i racz złożyć mi pokłon. Uznam to za przyjęcie mej propozycji.


Kija Jasnowidza bezwłocznie pojmano. Biorac pod uwagę, że teoretycznie należał do przyrody nieożywionej był bezsilny. Naturalistka została sama ze swoją decyzją, ze swoją cienistą przeszłością i ze swoją zawiniętą póki co w kłębuszek przyszłością.

- Pozwól mi pierw zajrzeć do zawiniątka. Wtedy zdecyduję. Potrzebuję zaliczki. Pewności, że mnie nie oszukujesz. - postawiła warunek.

Omnibus podumał chwilkę, podumał momencik, podumał minutkę, aż dał się przekonać iskierkom błagalnym świergocącym w oczach jego wybranki. Mocą swoją niepojętą uchylił, więc rabka tajemnicy jej przyszłości. Oczywiście miał w zamierzeniu zadbać o to, by wszystko zostało przedstawione w jaskrawych barwach. W tym celu wystarczyło napocząć zawiniątko z północno-wschodniej strony. Nieopacznie jednak stało się tak, że strony świata mózgowi na czterech kołach się pomieszały. Geografia nie była jego mocną stroną. Zamiast wspaniałości które niecierpliwie czekały na Naturalistkę tuż za framugą drzwi, dziewczyna ujrzała sytuację kontrastową. Omnibus ukazał jej jak po zaprzedaniu mu duszy nigdy nie będzie się mogła stad wydostać, choćby nie wiem jak mocno jej serce z tęsknoty za światem zewnętrznym pekało (tu też się miała wypełnić wizja Kija Jasnowidza). Ukazał jej jak z każdym dniem serce jej, które odda mu na dłoni, zacznie jej zanikać nie będąc używane. Ukazał jej jak bardzo będzie miała skorumpowaną wyobraźnię i rozum wyrzekając się wolnej woli. Naturalistka widząc to podskoczyła z przestrachu, tak wysoko, że upadając wylądowała na grzbiecie Omnibusa.





Omnibus był w podeszłym wieku, więc był bardzo podatny na wszelkie schorzenia. Jednym z nich była osteoporoza. Gdy ciężar ciała, kości, a przede wszystkim umysłu Naturalistki, który ważył już prawie tonę, obarczyły grzbiet przekletego szarlatana, kregi z jego kręgosłupa zaczęły odskakiwać niczym pchełki. Jego kruche kości nie podołały temu incydentowi. Przez to Omnibus stracił piątą klepkę, bo w głowie mu się nie mieściło, że zamiast górować nad wszystkim i wszystkimi, znalazł się tym razem widzialnie pod. Był jak po zabiegu lobotomii. Naturalistka wykorzystała dogodną sytuację by uderzyć. Będąc w stanie intelektualnego rozkwitu, siłą swego umysłu, pokonała Omnibusa.

Cała mądrosć ulotniła się w postaci błękitnego pyłu, który jego oprawczyni schowała skrzętnie w srebrnej urnie. Pył został uznany za prochy świetności byłego króla Doliny Erudycji, który został zdeanimizowany. Stąd urna. Miała wydźwięk iście symboliczny. Po deanimizacji prorok stał się najzwyklejszym, zgruchociałym pojazdem, nadajacym się jedynie na skup złomu. Naturalistka ulitowała się nad ofiarą i sporzadziła sobie z niego swoją własną Światynie Kultu Erudycji.





Ślepy cień przeszłości wzroku nie odzyskał jednak już nigdy, dlatego Kij Jasnowidz nadal murszał w lochach. Naturalistka nie uważała tego za słuszne, z niewiadomych dlań przyczyn. Po dwóch latach znaleziono w którejś z celi, jego przepołowione zwłoki. Dochodzenie wskazało na to, że obsunął się ze swojej leżanki z taką niefortunnością, iż wyzionął ducha na miejscu. Taka była kolej rzeczy. Ostatni pomost ze światem zewnętrznym został zerwany. Naturalistka została, więc sama jak ten palec, w Dolinie Erudycji po wieki wieków. I choć była karykaturalnie inteligentna czuła się bezkresnie głupia życiowo. Dzień po dniu odnosiła wrażenie, jakby rodziła się na nowo z każdym przebudzeniem. Bez wspomnień, bez umiejetności, bez doświadczenia. Każdego poranka, wraz z wypatrywaniem nadejścia jutrzenki, wypatrywała nadejścia wspomnień z ubiegłego dnia. Te jednak tendencyjnie nie przybywały. Gdy wyjrzała za nimi razu pewnego, po raz enty, z monstrualnego zawodu pekło jej serce. Został jej jedynie przepełniony zbednościami mózg, który na nic się już zdawał. Sam zatracał sie w swojej zasobności, czym sprawił, że Naturalistka zwątpiła we wszystko.





Ostatkiem racjonalności zwróciła się o pomoc, do zawiniątka, które jako jedyne napawało ją płonną nadzieją na jaskrawsze jutro. Ku jej zdziwieniu było lekkie jak okruch kurzu. Okazało sie puste. Wypełnione jedynie ciemnością i zpachem fiołków.

sukienka (właściwie to spódnica) - SH

sweter - SH

chusta, ktróą przepasanam - SH

trampki - SH




Photos by Package :*.

[*].