sobota, 12 czerwca 2010

O Dzikich Jabłoniach, którym brakowało barw...

Bo widocznie w Krainie Dziczyzny z początku wszystko jest czarno-szaro-białe. Jest szkicem, albo ramą witraża, albo wydmuszką jajka, albo po prostu zrzuconą skórą węża. A czasem zostaje nimi, bo brakuje aspiracji, bądź postanowienia poprawy. A jeśli nie, jeśli chce sobie pójść dalej, ktoś musi nadać gamę barwną. Inaczej nic z tego.








Dzikie Jabłonie po odbarwiającej zimie zechciały znowóż zostać zabarwione, aby potem nie odstawać. Dały się porwać masowej świadomości. A marzyły im się pastele. Chciały nimi przykryć budzące smutek i odrazę zgniłe szarości. Z racji pokaźnego wieku, były jednak na tyle amnezyjne, że z trudem przychodziło im przypomnienie sobie jak też uporywały się z owym problemem w latach przebytych. Prześwity podpowiadały, że ktoś się pojawiał. Balsamował pstrokatymi emulsjami ich ciała. Wszystko to impregnował swoistym śluzem. I odchodził, rozpływając się trochę jak mgła opuszczająca szczyty gór. Lecz jakim cudem się tu zjawiał, tego zdrewniała, drętwa, zesztywniała pamięć jabłoni nie kwapiła się zdradzać. Żadnen z drewnianych łbów nie był w stanie określić co stało, bądź kto stał za sprowadzaniem Zalkinacza Kolorów. A sprawca nie dość, że pokąsany przez mole to jeszcze wypchany i chodzący o sznurówkach.







- Dzikie Jabłonie moje szacowne, dedukuję, że swego menażera nie poznajecie. Moje mienie Pajacjan Wisielec. Odpowiadam za was. A z racji tego że czytam w waszych słojach, dobrze wiem czego jaśnie paniom trzeba.

Wtem poderwał się do rumby. Zaczął ponętnie kołysać pluszowymi bioderkami wczuwając się niczym posągi w bezruch. Dzikie Jabłonie były zdumione, nie dokładnie tego oczekiwały. Jednakże cierpliwość była ich najmocniejszą stroną, pokornie obserwowały bieg wydarzeń. Pajacjan Wisielec zaczął opływać w srebrzysty dym, układający się w fikuśne kształty, które z czasem stawały się coraz to bardziej antropomorficzne. Aż tu nagle, ni stad ni z owąt, jakby spadła z nieba, przeteleportowała się, czy też zmaterializowała, pojawiła się w ramionach groteskowego tancerza przeźroczysta postać o pastelowo-błękitnym wyrazie twarzy. Przez jakiś czas tonęli razem w rumbie, znacznie odseparowani od wypłowiałej scenerii. Tworzyli tęczowy wir, na którym jabłonie zaiweszały swoje pragnienia. Wir je pochłaniał, tak jak tornado pochłania budy dla psów i ludzi. Tak Zaklinaczka kolorów poznała wszytskie troski i marzenia Dzikich Jabłoni. Była gotowa je spełnić.







Taniec został przerwany. Kukła odcięta od błekitnego widma.

- Starczy, starczy. W zupełności. Koniec szału ciał. Przejdźmy do sedna. Bowiem moje drogie, niewyczerpalne źródła nie isnieją, o ile nie zachowują się jak feniksy. Zaklinaczka Kolorów nie jest odnawialna. Jeżeli wykończycie ją, pryśnie jak bańka mydlana, i nie powróci. Oszczędzajcie ją, a uczyni na waszych pachruściach upierzenie papugi , dziób tukana, mgławicę, koktajl, kalejdoskop, czy co tam tylko będzie się waszym myślom naprzykrzało. - to przekazując oddalił się niesiony miekko przez wiatr, na sznurówkach upodabniających się do szczudeł.

- Wystarczą pastelowo-różowe liście i morelowe kwiaty... - rozległo się zewsząt falstepowe echo, które wprawiło Zaklinaczkę Kolorów w machinalny ruch.





Ni w ulu, ni w mrowisku, nie wystepuje taki zgiełg jaki występował między ostrosłupowatymi gałęziami jabłonek w pewnej niezbyt odległej Krainie Dziczyzny, w której od poczęcia wszystko było czarno-szaro-białe. A wystraczyła do tego jedna, skrajnie pracowita istota, o mniej wiecej jednej parze rąk zakończonych włosiem, jedej parze oczu zakończonych lupą, jeden parze uszu wydzielających akwarele, i jedej parze nóg zakończonych skrzydłami (jak u tego greckiego posłańca bogów). Pokropienie pudrowymi plamami dwudziestu pięciu i jedna czwarta drzewa (jedno było kalekie), nie zdołało przerosnąć Zaklinaczki Kolorów. Zmiotła skaliste szarości z powierzchni drzew z prędkością nawałnicy. Dzikie Jabłonie doznały szoku, coś na wzór szoku termicznego, jego mniej groźnej odmiany. Wszelakoż były usatysfakcjonowane. Skłoniły się w pół w podzięce i zaproponowały Zaklinaczce Kolorów gościnę. Z grzeczności przyjęła prpozycję, nie zdawała sobie sprawy z ryzykowności swojej decyzji. Była jedynie nowicjuszką.

Dzikie Jabłonie to z natury drzewa kapryśne, zmienne i pazerne. Róże i pomarańcze stały się zbyt przesłodzone. Fiolety i błekity zdawały się właściwsze. Bardziej sprzyjające medytacji Zen, a przecież tego właśnie na ten moment wymagające klientki potrzebowały. Remont. Postanowione. Najemniczce nie wypadało odmówić, tym bardziej, że była jedynie nowicjuszką. Po remoncie, do fioletów i błękitów pojawiła się niechęć. W trakcie wiosny obowiązują przecież barwy słoneczne. Jakże to się tak wyłamywać, buntować, jeszcze osądzą o decydencję, zlinczują, zdybią, na podpałkę poślą. Fiolety okazały się niestosowne, a jaskrawa żółć zbyt wrzeszcząca, że kora pękała.

Zaklinaczka Kolorów harowała bez wytchnienia. Była wykończona do ostatniej nitki. Nogi uginały się pod ciężarem pracy, deptały po skrzydłach, przestały przestrzegać zasad równowagi, poddały się grawitacji.









A tuż za rogiem kroiły się kolejne zlecenia. Pasma zleceń, o których jeszcze nawet zleceniodawcy nie mieli bladego pojęcia. Żółć miała zostać zastąpiona platynową bielą, a czerwień seledynem. Zaklinaczka Kolorów po raz ostatni zanurzyła końcówki przydługich palców, w przygłębokich uszach obfitych w akwarelę. Posłusznie rozprowadziła śnieżną farbę po bezlitosnych drzewach, których struktura stawała się nie do zniesienia. I choć kwiaty były preludium owoców zwanych jabłkami, Zaklinaczce Kolorów złudnie przypominały one rasowe narcyzy. Wszystkie wlepione w siebie nawzajem. Nigdy nie mające dość. Kontentujące sie sobą. Wzajemnie ubóstwiające się tak bardzo jak własne odbicia w zwierciadle wodnym. A mimo to było im mało. Pragnęły zmian, za które wysoki dług spłacał ktoś inny. Ktoś kto nawet nie miał siły pozbierać własnych myśli rozrzuconych po trawie. Po za tym nie mogła do nich dosięgnąć, ugrzęzła na zbyt rosłym drzewie. A miało ono tyle życzeń, że wydostanie się z niego przed emeryturą graniczyłoby z cudem. Zaklinaczka Kolorów została usadzona na karuzeli niekończącego się natłoku pracy na rzecz jabłoni. Przez swoją uległość. Przez ich chimeryczne korzenie. Przez swoją lojalność. Przez ich chimeryczne liście. Przez swoją pracowitość. Przez ich chimeryczne drewno i łyko. Przez swoją słabość. Przez ich chimeryczną naturę. Całe szczęście, że nie była niewyczerpalnym, odnawialnym źródłem, z którego można było sączyć soki do woli. Po eksplozji platynowej bieli i egzotycznego seledynu zaczęła topić się z przemęczenia. Przybierała różne kształty, rozmiary i materie. To materię plasteliny, to gumy, to znowóż galarety. W końcowym efekcie była płynną substancją, która zmyła z drzew odcienie zieleni i bieli, niczym rozpuszczalnik zmywa z dłoni bejcę.







"Ach gdybyśmy tylko potrafiły jak wierzby ronić łzy. Ach gdybyśmy tylko potrafiły jak brzozy sinieć na widoki. Ach gdybyśmy tylko miały prawdziwe uczucia i odcienie, ubolewałybyśmy. Lecz dla nas lament to tylko nieznany ląd, tak hermetyczny dla naszych zrogowaciałych wnętrz."



A gdy minął rok Dzikie Jabłonie po odbarwiającej zimie zechciały znowóż zostać zabarwione, aby potem nie odstawać...


bluzka - sh
spódnica - sh
trampki - sh
korale - sh

Photos by Package

3 komentarze:

  1. dzisiaj jakże inaczej bez firmowej czerwieni na ustach :) eterycznie i tajemniczo a pierwsze dwa zdjęcia tworzą niepowtarzalny klimat

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale pastelowo.:) Sliczna bluzka, az trudno uwierzyc, ze z sh - jestes niesamowita!!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. super post, z pewnoscia wroce bo mi sie tu bardzo podoba;)

    zapraszam na

    fuckthatfashionart.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń